Rzepakowo i w sianku

W ostatni weekend, w sobotę miałem przyjemność być świadkiem zdarzeń, które na zawsze odmieniły życie Kasi i Zbyszka. O tym jednak kiedy indziej…


Na plener umówiliśmy się na niedzielę. Niebo było zachmurzone, czyli wymarzone warunki na zdjęcia, bo światło miękkie, brak rażących przepałów. Przyznam, że sesja plenerowa to jeden wielki spontan. Do ostatniej chwili nie znaliśmy miejsca, gdzie będziemy fotografować. Jadąc z żoną (moją kochaną pomocnicą) na sesję w umówione miejsce spotkania, po drodze rozglądaliśmy się za jakimiś fajnymi miejscówkami. Znaleźliśmy takie trzy na 8 km trasie podróżując do miejsca spotkania. Mieliśmy szczęście, bo ktoś nie ściął jeszcze rzepaku na swoim polu, a ja w tym roku jeszcze nie miałem przyjemności robić zdjęć w rzepaku. Tak więc, latem robiliśmy zdjęcia wiosenne-rzepakowe 🙂 Niestety w rzepaku Kasia zafarbowała na zielono suknię. Jednakże wczoraj otrzymałem od Zbyszka mail, w którym napisał:

„(…) Moje ulubione to pstryknięte w rzepaku. Kasia wczoraj wpatrywała się w to zdjęcie chyba pół godziny, i myślę, że nie żałuje zielonych plam na sukni 🙂 (…)”

Na samym końcu zrelaksowaliśmy się pośród snopków sianka.

Kasia i Zbyszek to bardzo sympatyczni ludzie i bardzo dobrze mi się z nimi współpracowało, czego efektem są poniższe zdjęcia…

My name is Staś…

Pewnego dnia zaglądam do swojej skrzynki e-mail. Dostałem zaproszenie od koleżanki z liceum na chrzest i sesję synka Stasia 🙂 Już samo imię „Staś” u malutkiego brzdąca brzmi pociesznie 🙂 Pomyślałem sobie, że mały będzie nieziemski. O chrzcie może innym razem. Dziś napiszę o sesji 🙂 Umówiliśmy się na środę. Pojawił się termin – pojawiłem się ja 🙂 Mąż mojej koleżanki z liceum ze zdziwieniem zapytał: „Dziś jest środa?„. Nie dziwię mu się 🙂 Przy Stasiu zapomina się o czasie. Mały Staś jest fantastyczny. Pokochał aparat już od samego początku. Pozował jak rasowy model.

Mały Staś bardzo lubi podjadać podczas sesji zdjęciowych. Najbardziej zasmakował w palcach wskazujących. Nie pogardzi jednak całą piąstką na raz.




I na deser duży, soczysty paluch od stópki. Tak dla smaku.

Staś jest dojrzałym mężczyzną, który nie lubi publicznego okazywania czułości. Przy każdym pocałunku od mamusi, krzywił się niemiłosiernie ze wstydu, że to przypadkiem może zostać udokumentowane. Tatę jednak odrobinę bardziej toleruje. No ale wiadomo, że lepiej trzymać z facetami 🙂

Czasem jednak trzeba na chwilę porzucić swoje poglądy i wymęczyć chociaż ten jeden delikatny grymas sympatii, żeby mamusi przykro nie było 🙂


Jak skończę z paluszkami od dłoni, zabieram się za te cztery stópki…

Ogólnie to klawa rodzinka jest 🙂 Macie fajoskiego synka. Niech Wam się dobrze chowa. Pozdrawiam!

Jeden dzień w Gdańsku…

Poznajcie Emilię i Mariusza. Bardzo sympatyczna parka. Miałem przyjemność uwiecznić ich ślub i wykonać ich sesję plenerową. Dziś napiszę coś o sesji.

Wybrałem sie z żoną-asystentem do Gdańska na plenerek Emilki i Mariuszka popstrykać im kilka fotek – A co! Niech mają coś z życia! 🙂 Emilia błyskawicznie (co się za często nie zdarza u panien młodych) ubrała się w suknię ślubną, a Mariusz w oficjalny strój pana młodego. Dzięki uprzejmości Andrzeja, znajomego Emilii i Mariusza, dotarliśmy do naszego pierwszego punktu docelowego tego dnia: PLAŻA. Było bardzo chłodno – tylko 12 stopni na plusie. Po plaży snuli się turyści. Niedaleko była grupka „narciarzy” z kijkami, którzy zgubili narty. Słonko zniknęło za zachmurzonym niebem. Czyli wymarzone warunki na fotografowanie 🙂 Moi nowi znajomi nie potrzebowali dużo czasu na rozgrzewkę. Można powiedzieć, że szybko się dotarliśmy i rozumieliśmy się prawie bez słów. Delikatna lodowata bryza wiała mi po odsłoniętych nerkach kiedy ja turlałem się po piachu i wspinałem się na zamknięte wysokie konstrukcje stalowe. Emilia i Mariusz jednak nie byli mi dłużni 🙂 Tarzali się po chłodnym i mokrym piachu, spacerowali po brzegu, gdzie lodowata woda obmywała Emilii pończochy w okolicy stóp, Mariusz zaś podnosił ciężary… I wszystko to robiliśmy dla fajnych zdjęć.

Potem powstał iście szatański pomysł. Niedaleko naszego terenu plenerkowego była fajna napompowana powietrzem trampolina. Trzeba było to wykorzystać. Młodzi spisali się na medal. Były delikatne straty w garderobie Emilki, ale zdjęcia to wynagrodziły 🙂 Szacun dla Emilii i Mariusza. Ja bym nie dał rady z moim lękiem wysokości.

I tak zakończyła się przygoda z plażą. Mogła jednak zakończyć się dramatycznie. Podczas szaleństw w piachu cwany Mariusz miał sposobność pozbyć się obrączki z palca :> Rozpoczęły się poszukiwania, które jednak szybko się zakończyły. Andrzej, nasz dobry znajomy spisał się na medal i uratował małżeństwo Emilii i Mariusza – znalazł obrączkę Mariusza zagrzebaną w piachu. Niecny plan Mariusza, co do pozbycia się obrączki, nie udał się 🙂 Mariusz następnym razem musi ją zgubić gdy w pobliżu nie będzie Andrzeja – wtedy plan wypali 🙂

Udaliśmy się na starówkę. Z minuty na minutę było coraz zimniej. Emilka miała na szczęście kurtkę, Mariusz tego szczęścia nie miał 🙁


Widziałem jak młodzi mi cierpią z zimna. Trzeba było jakoś temu zaradzić. Wybraliśmy się do knajpki, żeby się ogrzać i coś ciepłego wypić. Zrobiło się romantycznie…

Sesję skończyliśmy około godziny 23:00. Do domu z żoną wróciliśmy ok 02:00 rano. To był bardzo fajnie spędzony dzień. Młodzi dobrze się bawili, a ja jestem zadowolony ze zdjęć.

Najbardziej szkoda mi tylko mojej żony, która biedaczka targała sprzęt i tak bardzo się dla mnie poświęcała.

Bardzo ją kocham!

P.S.
Korzystając z okazji wspomnę, że wolę sesję plenerową robić każdego innego dnia niż w dzień ślubu. Młodzi taczali się po piasku na plaży, skakali na trampolinie, siadali na schodach, mają fajne zdjęcia w klimatycznym pubie w nocy z nastrojowym oświetleniem, opierali się o ściany, itp. Mają bardzo sympatyczne, romantyczne i zwariowane zdjęcia. Zaprowadzili mnie w strony, które dla nich mają znaczenie sentymentalne, miejsca w których się poznali, w których pokochali. Takich zdjęć nie da się wykonać w dniu ślubu. Powody? Brak czasu. Będziecie zestresowani wiedząc, że za chwilę ślub czego finałem będą sztywne zdjęcia. Nie będziecie potrafili się zrelaksować, zapomnieć. Ciągłe dbanie o ubiór i wygląd. Nie będziecie mogli nigdzie usiąść o nic się oprzeć, a już nie wspominając o położeniu się, o zaszaleniu…

Moja pierwsza taka Wielkanoc :)

Przedstawiam Wam Gosię i Damiana. Gosia prowadzi swój salon kosmetyczny. Z taką renomą, podczas przygotowań służyła swoim bliskim sztuką poprawnego makijażu. Damian natomiast broni naszych granic.

Miałem przyjemność towarzyszyć tej parze cały dzień. Zastałem ich na świątecznym śniadanku. Od samego początku atmosfera w domu była fantastyczna. Rodzina i znajomi Młodych roześmiani od ucha do ucha, sypiący żartami z rękawa. Mimo to, im bliżej Godziny Zero, dawało się odczuć większe napięcie i delikatny stresik.

Po ceremonii ślubnej emocje opadły i wszyscy odsapnęli dając się porwać w wir zabawy…

Poniżej kilka kadrów z tamtego dnia.






























Minął tydzień jak z bicza strzelił…

…a ja wciąż żyję tylko warsztatami REPOGLAMOUR. Budzę się i zasypiam z dyrektywami wszczepionymi w mój podatny na wszelkie uwagi umysł. Ludzie oglądają moje zdjęcia i chwalą, co tylko mnie przekonuje, że dokonałem właściwego wyboru wpłacając niemałą sumkę na cele warsztatowe. Wielu znajomych mówiło, że to inwestycja i się zwróci, a nawet z zadatkiem. Okazuje się, dziś, że mieli rację. Wciąż napływające zgłoszenia ludzi zainteresowanych moimi usługami, sprawiają, że wciąż na nowo zapala się we mnie wewnętrzna świeczka i promieniuję nią cały. Zaraziłem już swoją żonę i najbliższą rodzinę. Mówią mi, że taki szczęśliwy i radosny już dawno nie byłem.
Jedna z dyrektyw warsztatowych (mam nadzieję, że jak ją podam, to mnie nikt z warsztatowców ani tym bardziej mentorów, nie ukamienuje za rozpowszechnianie) brzmiała: INWESTYCJA W SPRZĘT. Od wczoraj uruchomiłem ową dyrektywę i wchodzi ona właśnie w życie. Sprawiło to, że jak Bozia dopomoże, to w najbliższej przyszłości (być może nawet za tydzień) moja stajnia sprzętowa dość mocno się rozrośnie o najlepsze, a co za tym idzie najdroższe „ogiery” czystej krwi japońskiej spod znaczku Nikona. Na razie nic więcej nie mogę zdradzić. Jedynie jeszcze dopiszę, że zdjęcia zyskają i to BARDZO. A co za tym idzie – moi Klienci zyskają zdjęcia o lepszej plastyce i jakości.
Poniżej, odgrzewając emocje warsztatowe, przedstawiam zdjęcia z backstage’u warsztatowego z moją osobą i na końcu jedno moje z Panną Młodą.

(fot. Jakub Zarembski)

JA – pierwszy od prawej (fot. Jakub Zarembski)

Ja – w tle pierwszy od prawej (fot. Jakub Zarembski)

Iść, ciągle iść w stronę słońca, czyli REPOGLAMOUR

Od ostatniego postu BARDZO dużo się zmieniło w moim życiu i w moich warsztatach. A wszystko to miało miejsce w ostatni weekend (14-15 marca). Brałem udział w warsztatach organizowanych przez Annę Kalinę Ciesielską, Adama Trzcionkę oraz dyr. technicznego Mariusza „Niedźwiedzia” Spurch.

Atmosfera była niesamowita. Już na samym początku wszyscy uczestnicy poczuli jedną wielką jedność z sobą, jak na spotkaniu jakiejś sekty 🙂 Uczyliśmy się na błędach i osiągnięciach w/w tu osób. Zdradzono nam sekrety, do których odkrycia można dojść dopiero po 50 lub więcej zleceniach. Niesamowite były przerwy, bo uczestnicy warsztatów zamiast ten czas zorganizować sobie i uzupełnić siły, to ci okrążali swoich mentorów (ja też) i wciąż ich gnębili (tym razem luźniejszymi) pytaniami. Świadczy to o wielkim zaangażowaniu uczestników w warsztaty. Nie byliśmy tam, żeby odpękać, ale byliśmy spragnieni wiedzy, jak źródła chłodnej wody na pustyni. Wiązaliśmy wielkie nadzieje z tymi zajęciami.

Po godzinach wykładów, gdzie nasze mózgi zostały nasączone wiedzą, ruszyliśmy w plener spotkać się z parą młodą, która na nas już czekała. Byli to Wiki i Remi 🙂 Ludzie o wielkiej cierpliwości, a takową trzeba mieć kiedy na raz fotografuje ich 13 fotografów i każdy co jakiś czas prosi o coś innego. Znosili te męki godnie jak przystało na modeli. Aż dziw bierze, że nie są to modele, bo zbytnio nie trzeba było interweniować w ich zachowania. Wystarczyło tylko rzucić jakieś hasło, a oni to robili i to IDEALNIE.

Ja drugi od lewej (fot. Kalina)

Szarańcza 🙂


Adam Trzcionka w akcji 🙂

W przerwie plenerowej skoczyliśmy do knajpki w całości zarezerwowanej dla nas i tam dalej chłonęliśmy wiedzę, tym razem przy piwku i innych dogodnościach, dzięki którym nauka była bardziej przyswajalna. Po napełnieniu żołądków ciepłą strawą, a pęcherzy złotem w kuflach kontynuowaliśmy sesję zdjęciową młodej pary. Było niesamowicie. Knajpka była bardzo klimatyczna więc i zdjęcia ładne wychodziły.

Kolejny backstage:)
Ja jestem ukryty po prawej stronie zdjęcia po lewej
, ten skulony 🙂 (fot: Kalina)

Niedźwiedź przy bardzo odpowiedzialnej funkcji – świeci przykładem dla wszystkich.
Ja to ten pierwszy od prawej. (fot. Adam Trzcionka)

A po oficjalnym zakończeniu pierwszego dnia się działo 🙂
(fot. Łukasz Sowa http://lukaszsowa.com)

Następnego dnia wszystkie nasze wypociny zdjęciowe poddaliśmy obróbce. Początki były trudne, ale im dłużej obrabialiśmy tym łatwiej to nam szło. Każda pochwała naszych mentorów, którzy przemieszczali się pomiędzy rzędami krzeseł i czujnym okiem obserwowali wszystkie nasze poczynania, była jak słodki miód i dodawała powera.

Niestety, ale jak coś się zaczyna to kiedyś też się i kończy. Pamiątkowa fotka na koniec, czułe pożegnania i każdy ruszył swoją drogą do domu.

(fot. Pan Portier z Kocjana 3)

Poniżej kilka z wielu zdjęć jakie udało mi się zrobić na tych warsztatach pod czujnym okiem organizatorów. Pozdrawiam wszystkich organizatorów i uczestników!
Więcej na forum
REPOGLAMOUR

© 2019 Hubert Kalinowski - Wszelkie prawa zastrzeżone