Jak spóźnić się na swój ślub…

Pewnego dnia otrzymałem e-mail od dawno nie widzianej osoby. Napisał Marcin, kolega ze studiów. Zaprosił mnie na swój ślub. Oczywiście przyjąłem jego zaproszenie.

11 lipca tego roku pojawiłem się u kosmetyczki, by podglądać Agnieszkę, wybrankę Marcina, która robiła się na bóstwo. Akurat jak się pojawiłem, pani kosmetyczka kończyła jeszcze makijaż świadkowej. Następnie, w domu rodziców Agnieszki oraz u Marcina, kontynuowałem reportaż.

Był moment, że nad głowami zaczęły się zbierać deszczowe chmury, co bardzo zmartwiło Agnieszkę. Nawet troszkę pokropiło, ale na szczęście tak szybko jak się deszcz pojawił, tak szybko i zniknął.

Podczas przygotowań, tata Agnieszki wziął w ręce stare zdjęcie ze swojego ślubu i zaczął wspominać na głos wydarzenia, jakie wtedy miały miejsce. Spodobało mi się to, ponieważ lubię, kiedy ludzie się otwierają przede mną. To oznacza, że mi ufają. Nie ma nic lepszego niż ludzie, którzy ufają fotografowi. Udało mi się nawet złapać ten moment wspomnień.

Marcin to wyjątkowy luzak. Takiej osoby jeszcze nie spotkałem. Spóźnił się (wraz ze świadkiem) na błogosławieństwo do domu rodziców Agnieszki. Jaki był tego powód? Kiedy zostało jeszcze 30 minut do wyjścia z mieszkania, wykorzystał ten czas i wraz ze świadkiem odpalił konsolę do gier, aby zagrać w piłkę nożną. Gra tak ich wciągnęła, iż czas na chwilkę przestał istnieć.

Zapraszam na kilka kadrów z tej niezapomnianej dla Agnieszki i Marcina uroczystości:


Podniebna bitwa żywiołów…

Dzień 13 lipca zapowiadał się pechowo. Pomimo, że przeważnie zawsze umawiam się na plener na godzinę lub półtorej przed złotą godziną*, to tego dnia musiałem odejść od tego przyzwyczajenia. Zmiana moich preferencji była spowodowana niemożliwością ich realizacji przez moich znajomych, czyli Agnieszkę i Marcina. Marcin (mój znajomy ze studiów) to typ macho. Agnieszka zaś to krucha, delikatna i piękna istotka. I takie ich cechy chciałem przede wszystkim pokazać na zdjęciach plenerowych. Kiedy się dowiedziałem, że nie możemy zrobić pleneru wtedy, kiedy światełko jest najlepsze, lekko się podłamałem. Wtedy jednak przypomniały mi się słowa Anny Kaliny Ciesielskiej, że fotograf da radę zrobić zdjęcie wszędzie i nie zależnie od warunków (czy jakoś tak). I to stało się tamtego dnia moim przewodnim hasłem 🙂


Przyjechaliśmy na miejsce. Piękna wypoczynkowa miejscowość Warchały w otoczeniu lasów i trzech jezior. Było około godziny 9:00 rano. Słonko wisiało na niebie niczym kat nad ofiarą i prażyło niemiłosiernie. Warunki do fotografowania okropne. Rozpoczęliśmy zdjęcia. Szukaliśmy cienia jak wybawienia. Mózg mi chodził na wysokich obrotach. Prócz kadrów, dbania o rozluźnioną atmosferę, musiałem jeszcze być czujnym na ostre przepały i ogólnie czuwać nad światełkiem. Okropne gorąco doskwierało nie tylko mnie i mojej żonie (która dzielnie mi pomaga podczas każdej sesji), ale i bohaterom tych zdjęć i dla nich wielki szacun, że wytrzymali z nami te cztery godzinki na plenerze 🙂 Nagle na czystym niebie zaczęli pojawiać się moi sprzymierzeńcy – chmury. Walka troszkę trwała. Chmury próbowały zasłonić słonko, ale to (szczwane) się nie dawało. Walczyło do ostatniego ostrego promyka. W końcu chmurki wygrały i nasz plenerowy świat został pozbawiony ostrego światła. Miękkie, przyjemne, delikatne światełko pieściło kształty, które widział mój aparat. Kilka kadrów z tego plenerku poniżej. Zapraszam.


złota godzina – jest to czas (zazwyczaj) na godzinę przed wschodem słońca i (około) dwie godziny przed zachodem słońca. Światło wtedy jest najpiękniejsze. Miękkie, delikatne, romantyczne. Co się pozytywnie odbija na zdjęciach 🙂

Trailer…

Ostatniego weekendu odwiedziłem Agnieszkę i Marcina. Ale o tym szczegółowo przy następnym wpisie. Jako, że jestem w trakcie obróbki ich zdjęć plenerowych oraz ślubnych, poniżej przedstawię Wam tylko demo z ich poniedziałkowego pleneru. Więcej zdjęć plenerowych wkrótce…

© 2019 Hubert Kalinowski - Wszelkie prawa zastrzeżone